Puerto Rico - recenzja
Autor: Mateusz "MossGrande" Gołaszewski
Opublikowano: 15.01.2010

Przy wyborze nowych gier lubię kierować się opiniami znajomych, lecz bynajmniej nie gardzę też opinią wielkich mas „braci planszującej”. Dosyć mocno zaciekawił mnie fenomen „Puerto Rico” – gry, która przez rząd lat uznawana była wśród graczy za najlepszą (współczesną) grę planszową świata. Postanowiłem zatem wypróbować na własnej skórze, jak smakuje prowadzenie plantacji w świecie świeżo skolonizowanej Ameryki. Nie będę ukrywał, że po dwóch partyjkach z absolutnym zdecydowaniem składałem już zamówienie na własny egzemplarz.
Jak przed chwilą wspomniałem, „Puerto Rico” to planszówka, w której grający wcielają się w role gubernatorów, dążących do jak najlepszego rozwinięcia miasteczka „San Juan” oraz podległych mu plantacji surowców niegdyś ekskluzywnych dla skolonizowanych regionów: kukurydzy, indygo, cukru, tytoniu, kawy. Nie będę ukrywał, że zabawa nie jest specjalnie prosta dla nowicjusza – być może w sensie ogólnym reguły nie są specjalnie skomplikowane i złożone, ale chcąc spróbować swoich sił po raz pierwszy, chcąc nie chcąc jesteśmy zmuszeni do zrozumienia zasad działania każdej funkcji oraz każdego budynku, chyba, że lubimy, gdy naszymi poczynaniami rządzi przypadek. Na czym polega gra? Gubernatorzy walczą między sobą o zdobycie jak największej ilości punktów zwycięstwa, wybierając kolejno przeróżne role. Mogą zarządzić rozpoczęcie fazy osadnika w celu pobrania nowych plantacji, zadecydować, iż nadszedł czas na budowę nowych struktur, zatrudnić więcej par rąk do pracy, dokonać zbiorów, opchnąć nieco towaru na lokalny rynek, bądź wysłać go statkami do Europy, zdobywając w ten sposób punkty. Należy zauważyć tutaj, iż wybór właściwej roli jest kluczowy z dwóch powodów: po pierwsze, z dobrodziejstwa korzystają kolejno wszyscy gracze, lecz tylko ten pierwszy otrzymuje przywileje (takie jak pierwszeństwo wyboru bądź tańsze budowanie). Drugą istotną sprawą jest konieczność bacznego obserwowania oponentów: chociaż nie istnieje tutaj bezpośrednia interakcja z przeciwnikami (np. otwarty handel), należy umiejętnie przewidywać poczynania wrogów, bowiem w pewnych sytuacjach (zwłaszcza przy załadunku towarów na statki, który trwa zazwyczaj kilka „rundek” wokół) nie da się po prostu wyjść na swoje, nie przywiązując wagi do tego, jakie to baryłki posiadają inni gracze. Ogromny plus należy się tutaj za idealne zbalansowanie sytuacji: „Puerto Rico” ani nie ucieka w schemat „każdy robi co swoje”, ani też nie sprzyja zagubieniu w gąszczu reguł i kruczków, uniemożliwiających obserwację innych. Skoro już wspominam o plusach produkcji, nie mogę zapomnieć o dwóch sprawach: budowanie swojego małego plantacyjnego imperium to duża frajda: gra wciąga, a uczestnicy w przerwach między ruchami raczej bacznie obserwują rozwój sytuacji i cicho kalkulują kolejne posunięcia, niż podziwiają sufit bądź ekran telewizora. Schemat wybierania ról sprawia, że nie trzeba czekać długo na kolejne akcje: cały czas coś się dzieje. Drugą sprawą jest nierozwiązana do dziś kwestia strategii wygrywającej. Chociaż sytuacja startowa jest zawsze taka sama, a losowość niezauważalnie mała (tylko przypadkowe trafianie plantacji na rynek wyboru), nikt jak dotąd nie zaprezentował metody dającej wymierne prawdopodobieństwo wygrania partii. Taką kompozycję mechaniki traktuję osobiście jako wielki pozytyw: gra jest dobra tak długo, jak długo ktoś mądry jej nie zepsuje.
Po przydługim akapicie dotyczącym rozgrywki powiem trochę o samym wykonaniu. Pudełko jest całkiem w porządku: wytrzymałe, nie za duże ani nie za małe, ale… musicie przyznać, że grafika okładki jest nieco dziwna: port, kapelusz i niewielki fragment rękawa stereotypowego kolonizatora. Cała reszta tejże postaci znajduje się na boku opakowania. Rozumiem, że zamierzeniem projektanta było to, aby „Puerto Rico” ładnie prezentowało się na półeczce, ale takie ignorowanie tej części pudełka, którą widzimy zazwyczaj na wystawie sklepowej nie wychodzi chyba na dobre. Co do zawartości, prezentuje się ona poprawnie, a nawet bardzo dobrze. Do drewnianych elementów zaliczają się tutaj występujące w pięciu kolorach baryłki surowców oraz małe brązowe tabletki symbolizujące pracowników. Waluta oraz punkty zwycięstwa to grube, kartonowe krążki i sześciokąty – bez rewelacji, ale i bez wpadki. Budynki, karty ról i statków oraz plantacje to już prostokąty z grubej, niełamliwej tektury, odpornej na zniszczenia i starcia farby. Do tego po jednej planszy startowej dla każdego gracza oraz solidny, wykonany w ten sam sposób, bank surowców i struktur, no i oczywiście instrukcja – na szczęście intuicyjna, szczegółowa i z przykładami.
Dla kogo powstało „Puerto Rico”? przede wszystkim dla fanów planszówek, mających zacięcie oraz stałych towarzyszów do pionka. Nie jest to podręcznikowy przykład gry rodzinnej – rodzice nie mający obycia z planszówkami, będą czuć się nieco zakłopotani i przytłoczeni, a dzieci – nawet te nadzwyczaj „kumate” jak na swój wiek – raczej znudzą się koniecznością ciągłych kalkulacji i brakiem klasycznie pojętej akcji. Zabawa wymaga też odrobinę skupienia i nie jest miłym dodatkiem do piwka, bowiem imprezowy nastrój nie sprzyja raczej grom ekonomicznym. Jeśli jednak macie z kim grać i lubicie takie tytuły, ostrzegam – zaiste, wciąga, więc przez pierwsze kilka tygodni nie uświadczycie spotkania planszówkowego bez zabawy w gubernatorów, a i później nie odejdzie bynajmniej na dobre w niepamięć. Warto wydać na nią kwotę około 120 zł, bowiem nie jest to zabawka na kilka razy. Muszę tylko ostrzec, że nie jest tak łatwo dostępna jak większość tytułów – duża część internetowych sklepów planszówkowych ma wiecznie wyczerpane nakłady, warto się jednak rozejrzeć za tytułem – legendą.
PS: zdjęcia pochodzą z niemieckiej edycji „Puerto Rico”. Gra występuje jak najbardziej w polskiej wersji językowej, została nawet zaopatrzona w gustowne rysunki budynków na żetonach i rozszerzenie, zawierające między innymi dodatkowe struktury.
Plusy:
- Wciąga, bardzo wciąga!
- Poprawne, staranne i wytrzymałe wykonanie elementów.
- Czytelna i zrozumiała instrukcja.
- Zmusza do ciągłego myślenia i liczenia.
- Nie nudzi się.
- Klasyczny egzemplarz dobrej gry.
Minusy:
- Rozłożenie gry (segregacja i liczenie żetonów) trwa bardzo długo – ale w sumie to żaden minus.































